I. BEZKRESNA PRERIADroga donikąd
Wstęga szarego asfaltu przecinająca pustkowie na wysokości półtora tysiąca metrów. Ani drzew, ani barier ochronnych — jedynie bezmiar trawiastego stepu i nieprzerwany wiatr z apenińskich grani.
Apeniński Mały Tybet i bezkresna preria • 2128 m n.p.m.
I. BEZKRESNA PRERIAWstęga szarego asfaltu przecinająca pustkowie na wysokości półtora tysiąca metrów. Ani drzew, ani barier ochronnych — jedynie bezmiar trawiastego stepu i nieprzerwany wiatr z apenińskich grani.
II. PODEJŚCIE POD KORONĘSzosa porzuca płaską kotlinę i zaczyna wspinać się ciasnymi serpentynami ku kotłom podszczytowym. W dole otwiera się bezkresny horyzont, wolny od samochodowych korków i turystycznego chaosu.
III. KULMINACJA MONOLITUDojście pod monumentalną, posępną grań Corno Grande — najwyższego szczytu Apeninów. Szosa kończy bieg na 2128 m n.p.m. u stóp dawnego hotelu i obserwatorium, w miejscu absolutnej ciszy.


Rzut orograficzny i koordynaty
Campo Imperatore wymyka się wszelkim europejskim klasyfikacjom krajobrazu. Kiedy po żmudnym wyjeździe z doliny L'Aquili droga przewala się przez przełamujący grzbiet, kolarz nie trafia ani w ciasny alpejski wąwóz, ani na zielone hale Dolomitów. Trafia w pustkę. Przed kołami otwiera się gigantyczna, wysoka na ponad półtora tysiąca metrów preria — płaskowyż krasowy o długości prawie trzydziestu kilometrów, który podróżnik Fosco Maraini bez wahania ochrzcił mianem „Małego Tybetu”. To kraina falujących, bezdrzewnych stepów, gdzie powietrze jest krystalicznie suche, a horyzont zdaje się nie mieć żadnego naturalnego końca.
Największym luksusem Campo Imperatore jest jednak brak tego wszystkiego, co zniszczyło alpejskie ikony. Nie ma tu niekończących się sznurów kamperów, nie ma ryczących motocyklowych watah ani jarmarcznych kramów z plastikowymi pamiątkami. Na tej drodze człowiek jest sam. Asfalt — miejscami szorstki, poprzecinany wzdłużnymi bruzdami od mrozu i skrajnych temperatur — biegnie kilometrami po prostej w głąb pustkowia, rzucając wyzwanie psychice kolarza. Wiatr nie ma tu żadnych przeszkód; uderza czołowo z potworną siłą, zamieniając pozornie łagodne procenty nachylenia w twardą, hipnotyczną walkę o każdy obrót korby.
IV. DETAL I FAKTURARdzewiejące maszty wyciągu narciarskiego i samotny szałas pośród kobierca żółtych kwiatów. Kruchy ślad ludzkiej obecności, powoli i bez walki wchłaniany przez surową halę.
Finałowy akt wspinaczki zrywa jednak ze stepową monotonią. Na ostatnich siedmiu kilometrach szosa porzuca dno płaskowyżu i wgryza się stromymi, gęstymi serpentynami w rumowisko pod szczytem Corno Grande. Nachylenie skacze nagle do dziesięciu i jedenastu procent, w chłodnym cieniu wapiennych urwisk odzywają się płuca, a pod kołami czuć tę samą drogę, na której w pamiętnym Giro d'Italia 1999 Marco Pantani odjechał rywalom w gęstej mgle i deszczu. Ślepy zaułek pod Hotelem Campo Imperatore na 2128 metrach to nie jest punkt tranzytowy. To ostateczna granica, za którą nie ma już dokąd jechać — pozostaje tylko zejść z roweru i słuchać przejmującego świstu wiatru nad apenińskim bezkresem.
Paganica → Campo Imperatore • Ø 4.1%